Kto z niecierpliwością czekał na nową fabułę, która ubogaci przeciekawą twórczość Wita Szostaka, ten może poczuć delikatne ukłucie zawodu. Bo w Poniewczasie nie znajdzie typowej fabuły. Albo inaczej: trochę jej znajdzie, ale nie do końca się w niej odnajdzie. Znajdzie natomiast przekraczanie wszelkich literackich granic – w świetnym szostakowym stylu.

Ale zacznę od początku, jeśli w ogóle o początku można mówić w przypadku Poniewczasie. Książka ma formę dziennika, przynajmniej teoretycznie. W większości jest o Marcinie Strzępie, o jego partnerce życiowej, Elenie, o ich codzienności, wspomnieniach z przeszłości, dywagacjach na temat przyszłości itp. Trzeba jednak dopowiedzieć, że ten Marcin nie zawsze jest tym samym Marcinem. Dość zdradzić, że pierwszym bohaterem jest Józef, który się ostatecznie nie sprawdził i że narracja marcinowa dziwnie miesza się z narracją szostakową. Żeby było jeszcze ciekawiej Szostak wyciąga cały arsenał literackich nawiązań, o niektórych mówi wprost, inne z nich skrzętnie ukrywa, pozwalając czytelnikowi na czerpanie satysfakcji płynącej z ich tropienia. Schulz, Márquez, Flaubert, Heidegger, a nawet… Mickiewicz. I wiele innych. Trzeba przyznać, że rzadko kto może pozwolić sobie na swobodne żonglowanie twórczością i dorobkiem kulturalnym takiej „śmietanki towarzyskiej”. A Szostakowi się to udaje, przede wszystkim dlatego, że nie zamęcza czytelnika egzaltacją, ale robi ruch zupełnie przeciwny – wciąż poszukuje i obnaża się z intymności swoich poszukiwań. Nie twierdzi, że coś wie na pewno, nie jest w swojej twórczości dogmatyczny, tylko ustawia siebie niżej niż samego czytelnika – bo to właśnie czytelnik może sobie dopowiadać, skoro dziennik ma wciąż niegotową formę. Dzięki temu czytanie staje się zabawą, nieustannym odkrywaniem. Wisienką na torcie jest dystans Szostaka do własnej twórczości – w Poniewczasie znajduje się mnóstwo nawiązań do poprzednich książek pisarza i zwykle jest to ograne w humorystyczny sposób.

W najnowszej książce Szostaka czytelnik nie znajdzie doskonałości fabuły, doskonałej konstrukcji bohatera, doskonałej formy, za to zetknie się z niegotowymi fragmentami, zapętlonymi przemyśleniami, zapisem zmagań narratora, który przyznaje się do swojej ułomności a także do uczucia dyskomfortu wywołanego tekstami, które napisał wcześniej (a jednoczenie zaciska zęby i niczego nie wykreśla). Mówiąc bardziej w stylistyce Szostaka: czytelnik zetknie się z prywatnymi epifaniami, nieosiadłymi słowami, łuskaniem słów, zaklinaniem słów, wywlekaniem, domyślaniem, rozlepianiem powieści, rozdrabnianiem, rozszczepianiem sensów, zwielokratnianiem, i w końcu z powiadaniem:

A może powieści nie ma? Jeśli powieść jest powiadaniem, jest ciągłym dokonywaniem, ciągłym ruchem nieznającym spoczynku, to takiej powieści nie ma. Teksty nazywane powieściami rozciągają się, mają granice, mieszczą się między okładkami. Ktoś je okłada i odkłada. Powiadania nie da się odłożyć.

I takie jest właśnie Poniewczasie. Nie da się go odłożyć, zamknąć w zgrabnym podsumowaniu, zaszufladkować, czy nadać jakąkolwiek literacką etykietkę. Co by mądrego nie napisano o tej książce, i tak będzie można znaleźć w niej nowe konfiguracje. Poniewczasie pulsuje różnymi sensami, jest wciąż żywe, rozrasta się w czytelniczej świadomości, pączkuje.

Jeśli można zrobić jakiekolwiek podsumowanie Poniewczasie, to na myśl przychodzi mi tylko jedno: absolutna niedoskonałość tej książki sprawia, że staje się czymś doskonałym.

Wit Szostak, Poniewczasie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *